Emilia Bury, burmistrz Białogardu związana z Koalicją Obywatelską, sprawująca obecnie drugą kadencję, po raz kolejny znalazła się w centrum wizerunkowej burzy za sprawą swoich publicznych wypowiedzi. W ciągu ostatnich miesięcy doszło do dwóch głośnych incydentów, które trafiły do sieci i wywołały falę komentarzy.
Pierwszy z nich miał miejsce podczas marcowej, XXIV sesji Rady Miejskiej w Białogardzie. Obrady, które miały dotyczyć między innymi finansowania lokalnego sportu i budowy placów zabaw, szybko zmieniły się w burzliwą wymianę zdań. Bury zwróciła się do jednego z radnych słowami „Co się pan na mnie patrzy?”, po czym skrytykowała radnych za, jej zdaniem, zbyt wysokie zarobki przy znikomym zaangażowaniu, mówiąc: „3200 złotych radny bierze, zero odpowiedzialności… A ja biorę 14 tysięcy miesięcznie, panie radny, za to, żeby pana głupot wysłuchiwać teraz. Niech się pan zamknie.” Gdy przewodniczący rady Karol Pietrzak próbował uspokoić sytuację, prosząc o „obniżenie temperatury dyskusji”, burmistrz odpowiedziała, że jej „temperatura jest odpowiednia”, a na uwagę dotyczącą jej zachowania stwierdziła, że nie życzy sobie, by ktoś wypowiadał się na temat tego, co robi w domu.
Po tym zdarzeniu Bury tłumaczyła się, że jej wypowiedź została „wyrwana z kontekstu i zmanipulowana”, a fala krytyki, jaka spadła na nią w internecie, wynikała między innymi z faktu, że jest kobietą. Jak mówiła, gdyby te same słowa wypowiedział mężczyzna, odbiór byłby inny.
Drugi incydent wydarzył się kilka dni temu, podczas drugiego dnia obchodów 727. urodzin Białogardu. Przed koncertem zespołu Nocny Kochanek na scenie pojawiła się burmistrz Bury i, jak wynika z nagrania, które trafiło do sieci, rzuciła w stronę widowni słowa „Zamknij pysk”, a chwilę później dodała coś, co media cytują jako groźbę w wulgarnej formie: „ja ci zaraz pokażę d…”, „chodź, to ci pokażę”. Według późniejszych wyjaśnień burmistrz, jej reakcja miała być odpowiedzią na wcześniejsze zaczepki dwóch mężczyzn z publiczności.
Oba zdarzenia, dzielące zaledwie kilka miesięcy, złożyły się na obraz burmistrz, która w sytuacjach konfliktowych, zarówno na sali obrad, jak i na scenie podczas miejskiej imprezy, sięga po ton i słownictwo dalekie od tego, jakiego oczekuje się od osoby pełniącej funkcję publiczną. Prowokacja z widowni nie usprawiedliwia reakcji w tym samym tonie, a wręcz przeciwnie: im gorsze zachowanie prowokatora, tym wyraźniej widać różnicę między nim a osobą pełniącą funkcję publiczną, jeśli ta druga zachowa spokój. Burmistrz nie jest przypadkowym uczestnikiem wydarzenia, tylko gospodarzem miejskiej uroczystości, reprezentującym w tym momencie całą wspólnotę, łącznie z dziećmi i seniorami stojącymi w tłumie.
To nie jest kwestia bycia „grzeczną” czy „sztywną”, to kwestia tego, że stanowisko wiąże się z asymetrią odpowiedzialności: obywatel może się zachować jak chce (w granicach prawa), ale osoba u władzy odpowiada też za to, jaki wzorzec zachowania legitymizuje swoim przykładem. Jest w tym też praktyczny argument: ktoś, kto reaguje na zaczepkę tym samym językiem, oddaje inicjatywę prowokatorowi — to on dyktuje ton całej sytuacji, a urzędnik traci kontrolę nad narracją i staje się bohaterem nagrania z zupełnie innych powodów, niż chciał. Opanowanie w takiej chwili nie jest oznaką słabości, tylko umiejętnością, której się oczekuje właśnie dlatego, że presja i prowokacje są nieodłączną częścią tej pracy — a nie czymś, co przydarza się od czasu do czasu jako wyjątek.
To nie znaczy, że urzędnicy mają być pozbawieni emocji albo że każda ostra riposta jest automatycznie skandalem. Ale jest różnica między stanowczą, nawet mocną odpowiedzią a wulgaryzmem lub groźbą skierowaną do publiczności podczas miejskiej imprezy. Ta granica akurat wydaje się dość czytelna.
Polityka psuje ludzi, czy tylko pokazuje ich prawdziwą naturę? Władza rzadko zmienia charakter człowieka od zera, ale bywa świetnym wzmacniaczem tego, co już w nim było, i to na dwa sposoby naraz. Z jednej strony daje realne powody do frustracji, których zwykły obywatel nie doświadcza: publiczna krytyka, presja czasu, poczucie, że nikt nie docenia wysiłku, pokusa porównywania swojej pensji do cudzej. Z drugiej strony, władza usuwa naturalne hamulce, które trzymają większość ludzi w ryzach na co dzień, bo ktoś, kto nie boi się konsekwencji (bo ma mandat, poparcie partii, albo po prostu przyzwyczaił się do bezkarności), łatwiej pozwala sobie na to, na co inni by sobie nie pozwolili. To nie tyle „psucie” w sensie tworzenia czegoś nowego, co odsłanianie tego, co ktoś i tak by zrobił, gdyby nikt nie patrzył i nic mu za to nie groziło. Innymi słowy: władza nie tworzy charakteru, ale jest bardzo dobrym testem na to, jaki on naprawdę jest, gdy nikt nie musi się już wobec nikogo tłumaczyć.





