Polski system informacji gospodarczej, funkcjonujący od piętnastu lat w oparciu o ustawę z 9 kwietnia 2010 roku o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych, miał w założeniu chronić obrót gospodarczy przed nierzetelnymi kontrahentami. W praktyce wykształcił się w nim mechanizm, który działa w jedną stronę: chroni wierzyciela, dając mu narzędzie nacisku na dłużnika, ale nie daje dłużnikowi żadnego symetrycznego narzędzia, by samodzielnie sprawdzić, czy wobec niego istnieje zaległość, która wciąż pozostaje prawnie skuteczna. To nie jest usterka techniczna, tylko luka strukturalna, wpisana w konstrukcję przepisów, i coraz więcej głosów w środowisku doradców restrukturyzacyjnych i prawników zajmujących się prawem upadłościowym wskazuje, że wymaga ona poważnej debaty legislacyjnej, a nie tylko punktowych poprawek.
W Polsce funkcjonuje kilka biur informacji gospodarczej, w tym BIG InfoMonitor, Krajowy Rejestr Długów, BIK, czy też ERIF, działających na podstawie tej samej ustawy. Zgodnie z jej przepisami, wierzyciel może przekazać do takiego biura informację o zobowiązaniu dłużnika, jeśli spełnione są łącznie określone warunki: zobowiązanie wynika z konkretnego, wskazanego stosunku prawnego, jego łączna kwota wynosi co najmniej 200 złotych w przypadku konsumenta lub 500 złotych w przypadku przedsiębiorcy, świadczenie jest wymagalne od co najmniej 30 dni, a dłużnik został wcześniej pisemnie wezwany do zapłaty, z pouczeniem o zamiarze przekazania danych do biura informacji gospodarczej, przy czym od wysłania takiego wezwania musi upłynąć co najmniej miesiąc.
Kluczowe słowo w tym opisie to „może”. Ustawa nie nakłada na wierzyciela obowiązku zgłoszenia zaległości. To uprawnienie, z którego korzystają w praktyce głównie duzi, sformalizowani wierzyciele: banki, operatorzy telekomunikacyjni, firmy pożyczkowe, dostawcy mediów, ponieważ mają rozbudowane działy windykacji i podpisane umowy o współpracy z biurami informacji gospodarczej. Zdecydowana większość pozostałych wierzycieli, drobni przedsiębiorcy, wspólnoty mieszkaniowe, wynajmujący, kontrahenci w relacjach B2B, jednorazowi pożyczkodawcy prywatni, w ogóle z tego mechanizmu nie korzysta. Zgłoszenie do biura informacji gospodarczej wymaga zawarcia odrębnej umowy, opłat i bieżącej aktualizacji danych, co dla wielu wierzycieli jest po prostu nieopłacalne przy pojedynczych, niewielkich zaległościach.
Skutek jest taki, że rejestry dłużników w Polsce pokazują jedynie wąski, wyselekcjonowany wycinek realnego zadłużenia społeczeństwa. Reszta pozostaje całkowicie niewidoczna, aż do momentu, w którym wierzyciel, z własnej inicjatywy i we własnym tempie, zdecyduje się na windykację, często dopiero po latach.
Przedawnienie jako oś problemu
To, że dług pozostaje niewidoczny przez lata, ma znaczenie praktyczne właśnie w zestawieniu z terminami przedawnienia roszczeń majątkowych określonymi w Kodeksie cywilnym. Zgodnie z artykułem 118 Kodeksu cywilnego, podstawowy termin przedawnienia roszczeń wynosi sześć lat, a dla roszczeń o świadczenia okresowe oraz roszczeń związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej trzy lata, przy czym koniec terminu przedawnienia przypada zawsze na ostatni dzień roku kalendarzowego. W tym całym okresie wierzyciel ma pełną swobodę co do momentu, w którym zdecyduje się dochodzić roszczenia, a odsetki ustawowe za opóźnienie narastają przez cały ten czas, niezależnie od tego, czy dłużnik w ogóle wie o istnieniu zobowiązania.
W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, w której prawo formalnie chroni dłużnika przed nieskończenie długim ściganiem długu, ale w praktyce ta ochrona nie działa, jeśli dłużnik przez cały okres przedawnienia nie ma żadnej wiedzy o zaległości. Zapłata długu, o którego istnieniu się nie wie, jest niemożliwa z definicji, a to właśnie zapłata, nie samo upłynięcie terminu, byłaby dla większości dłużników rozwiązaniem tańszym i mniej stresującym niż wieloletnie oczekiwanie na to, czy i kiedy wierzyciel się odezwie.
Katarzyna Rogoźnicka: „Potrzebny jest obowiązek, nie tylko uprawnienie”
– Pracuję z tym problemem praktycznie na co dzień – mówi Katarzyna Rogoźnicka, doradca restrukturyzacyjny z Kancelarii Kiżuk & Rogoźnicka. – Klient trafia do mnie zwykle w momencie, gdy dostał już pismo od komornika albo pozew i pierwsze pytanie, jakie zadaje, brzmi: dlaczego nikt mnie o tym wcześniej nie poinformował, skoro mogłem to uregulować dawno temu, po znacznie niższych kosztach.
Rogoźnicka postuluje zmianę systemową: obowiązkową rejestrację każdego zobowiązania pozostającego niespłaconym dłużej niż 90 dni, niezależnie od tego, czy wierzycielem jest instytucja finansowa, drobny przedsiębiorca czy osoba prywatna prowadząca działalność gospodarczą.
– Jeżeli zaległość przekracza 90 dni, powinna trafiać do rejestru automatycznie i obowiązkowo, tak żeby dłużnik miał realną, systemową możliwość jej zweryfikowania, choćby raz na kwartał sprawdzając swoją sytuację w jednym miejscu – mówi Katarzyna Rogoźnicka. – A jeżeli wierzyciel takiego zgłoszenia nie dokona, powinien tracić możliwość skutecznego prowadzenia egzekucji. To postawiłoby po raz pierwszy realny obowiązek informacyjny po stronie wierzyciela, a nie tylko fakultatywne narzędzie, z którego korzysta się, kiedy jest to wygodne – tłumaczy.
W jej ocenie sedno problemu leży w asymetrii informacyjnej, a nie w samej wysokości zadłużenia Polaków.
– Wierzyciel ma dziś komplet narzędzi: może czekać, może naliczać odsetki, może wybrać najbardziej dogodny dla siebie moment na windykację, łącznie z momentem tuż przed przedawnieniem, kiedy kwota jest już maksymalnie napompowana odsetkami. Dłużnik nie ma niczego, żadnego kanału, żeby samodzielnie i z własnej inicjatywy sprawdzić, czy przypadkiem czegoś nie przeoczył. To nie jest równowaga, to jest strukturalna przewaga jednej strony stosunku zobowiązaniowego nad drugą, zaszyta w samej konstrukcji przepisów – komentuje Katarzyna Rogoźnicka.
Dwa przykłady z praktyki doradczej
Rogoźnicka przywołuje dwie sytuacje, które jej zdaniem dobrze ilustrują skalę i mechanizm problemu.
Pierwsza dotyczy klienta, który przed laty zerwał umowę na abonament internetowy z niewielkim, regionalnym dostawcą usług. Firma nie zgłosiła zaległości do żadnego biura informacji gospodarczej, tylko po pięciu latach sprzedała wierzytelność funduszowi sekurytyzacyjnemu, wraz z naliczonymi za cały ten okres odsetkami. Fundusz skierował sprawę do sądu tuż przed upływem terminu przedawnienia.
– Pierwotne zobowiązanie to było niewiele ponad sto złotych. Po pięciu latach odsetek zrobiło się z tego kilkaset złotych, plus koszty postępowania sądowego i koszty zastępstwa procesowego. Klient nie miał żadnej szansy dowiedzieć się o tym wcześniej, bo formalnie nic nie musiało go o tym informować, dopóki sprawa nie trafiła do sądu – opisuje Rogoźnicka.
Drugi przykład dotyczy przedsiębiorcy, u którego przez pomyłkę księgową nie została opłacona jedna faktura od podwykonawcy. Podwykonawca nie ponowił wezwania do zapłaty ani nie zgłosił sprawy do żadnego rejestru, tylko odczekał blisko trzy lata i tuż przed upływem terminu przedawnienia roszczeń związanych z działalnością gospodarczą złożył pozew z naliczonymi odsetkami ustawowymi za opóźnienie w transakcjach handlowych.
– Gdyby ten dług trafił do rejestru choćby po 90 dniach, mój klient zobaczyłby go przy najbliższej weryfikacji swojej sytuacji finansowej i uregulowałby go od razu. Zamiast tego zapłacił kilkukrotnie więcej, bo ktoś świadomie poczekał do ostatniej możliwej chwili – twierdzi Katarzyna Rogoźnicka.
Dodaje, że wprowadzenie obowiązku rejestracji zadłużenia po określonym czasie wymagałoby nowelizacji ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych, a prawdopodobnie także przepisów Kodeksu postępowania cywilnego regulujących postępowanie egzekucyjne, tak aby brak wpisu do rejestru rzeczywiście wiązał się z ograniczeniem możliwości skutecznego prowadzenia egzekucji. To głęboka ingerencja w dotychczasowy model, w którym decyzja o ujawnieniu zadłużenia pozostaje suwerennym wyborem wierzyciela.
Taka zmiana dotknęłaby też bezpośrednio interesów branży windykacyjnej oraz funduszy sekurytyzacyjnych, dla których strategia oczekiwania na narośnięcie odsetek bywa elementem modelu biznesowego opartego na skupowaniu portfeli wierzytelności po obniżonej cenie i maksymalizacji zwrotu poprzez czas. Rogoźnicka nie ma złudzeń co do skali oporu:
– Spodziewam się, że największy sprzeciw przyjdzie właśnie z rynku obrotu wierzytelnościami, bo dla części tego rynku brak obowiązku informacyjnego jest wręcz częścią strategii inwestycyjnej. Ale to nie zmienia faktu, że dzisiejszy system stawia dłużnika w sytuacji, w której nie może zadbać o własny interes finansowy, nawet gdyby bardzo chciał. W nowoczesnym systemie ochrony konsumenta i uczciwego obrotu gospodarczego coś takiego po prostu nie powinno mieć miejsca” podsumowuje.
Debata o obowiązkowej rejestracji zadłużenia nie jest sporem technicznym o jeden przepis. Dotyka fundamentalnego pytania o to, kto w relacji zobowiązaniowej powinien ponosić koszt bierności: dłużnik, który nie ma narzędzi, by dowiedzieć się o zaległości, czy wierzyciel, który świadomie zwleka z jej zgłoszeniem. Obecny stan prawny odpowiada na to pytanie jednoznacznie na korzyść wierzyciela. Czy powinien się zmienić, to pytanie, na które polski ustawodawca prędzej czy później będzie musiał odpowiedzieć, zwłaszcza w obliczu rosnącej liczby spraw, w których odsetki i koszty egzekucji wielokrotnie przewyższają pierwotną kwotę zobowiązania.





