Rozmowa na antenie Radia Szczecin, która miała rozwiać wątpliwości mieszkańców wokół planowanej budowy farmy fotowoltaicznej, zakończyła się wizerunkowym i prawnym zgrzytem. Rozmówcy i słuchacze oczekiwali merytorycznego wyjaśnienia procedur inwestycyjnych oraz zabezpieczeń dla interesu gminy. Zamiast tego z ust wójta Boleszkowic padły słowa, które zelektryzowały lokalną społeczność: przyznał on wprost, że ze względu na ogromną liczbę dokumentów i załączników, nie jest w stanie wszystkiego przeczytać i podpisuje dokumenty bez czytania, w związku z czym mogło dojść do niedopatrzeń.
Słowa, które padły na antenie rozgłośni, wywołały konsternację i oburzenie wśród lokalnej społeczności. Rozmowa dotycząca wątpliwości wokół planowanej budowy farmy fotowoltaicznej przyjęła obrót, którego nikt z słuchaczy się nie spodziewał. Zamiast uspokajających wyjaśnień, z ust wójta padła deklaracja, która stawia pod znakiem zapytania sposób zarządzania gminnym urzędem.
– Mam pracownika merytorycznego, ja wszystkie dokumenty podpisuję, ale wszystkich dokumentów nie przeczytam, bo załączników jest dużo. Być może jedno przeoczenie odnośnie farmy było – wypalił samorządowiec na żywo na antenie.
Oświadczenie wójta wywołało natychmiastową reakcję mieszkańców gminy Boleszkowice, którzy zaalarmowali naszą redakcję. Ludzie nie kryją obaw dotyczących konsekwencji prawne i finansowych wynikających z takiego podejścia do pełnienia urzędu.
– Wójt podpisuje dziesiątki dokumentów tygodniowo, w tym zarządzenia tworzące lokalne prawo. Jeśli sam przyznaje, że podpisuje je bez czytania, to czy to prawo jest w ogóle tworzone rzetelnie? Co będzie przy kolejnym „przeoczeniu”? Znowu dowiemy się po fakcie, gdy np. dostaniemy jakieś wezwanie do zapłaty za nie wiadomo co? – pytają zaniepokojeni mieszkańcy.
Włodarz gminy próbuje przerzucić ciężar odpowiedzialności na podległych mu urzędników, argumentując to dużą objętością dokumentacji i skomplikowanymi załącznikami. Taka praktyka uderza jednak w samą przestrzeń zaufania do organów władzy wykonawczej. Prawo nakłada na kierownika jednostki organu wykonawczego jednoosobową odpowiedzialność za podpisane akty prawne i decyzje administracyjne. Podpis na dokumentach nie jest wymogiem formalno-technicznym, lecz jednoznacznym przyjęciem pełnej odpowiedzialności prawnej. Urzędnicy i pracownicy merytoryczni przygotowują projekty rozstrzygnięć, jednak to wójt firmuje je własnym nazwiskiem. Zasłanianie się „brakiem czasu” na zapoznanie się ze sprawą podważa zasadę legalizmu.
Sprawa planowanej inwestycji fotowoltaicznej pokazała, że brak wnikliwej weryfikacji przed przyłożeniem pieczęci przestał być jedynie wewnętrznym problemem urzędu. Dziś staje się sprawą publiczną, która zostawia mieszkańców Boleszkowic z otwartym pytaniem: ile jeszcze „przeoczeń” kryje się w gminnych segregatorach?





