Każdego roku w czerwcu przez polskie samorządy przetacza się ten sam rytuał. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast prezentują raporty o stanie gmin, podsumowują wykonanie budżetu, wymieniają inwestycje, sukcesy i osiągnięcia. Radni zabierają głos, jedni chwalą, drudzy krytykują. Padają liczby, statystyki i polityczne deklaracje. Na końcu przychodzi moment kulminacyjny – głosowanie nad wotum zaufania i absolutorium. W teorii to jedna z najważniejszych form demokratycznej kontroli władzy lokalnej. W praktyce przedstawienie, którego finał znany jest na długo przed rozpoczęciem sesji.
W samorządach od dawna funkcjonuje niepisana zasada, o której oficjalnie mówi się niechętnie. Nie ma większego znaczenia, czy prezydent miasta jest skuteczny, czy nieudolny. Nie ma większego znaczenia, czy burmistrz przyciąga inwestorów, buduje drogi, modernizuje szkoły i zdobywa miliony złotych z funduszy zewnętrznych. Nie ma nawet większego znaczenia, czy mieszkańcy są zadowoleni z kierunku rozwoju swojej gminy. Kluczowe jest jedno pytanie: czy ma większość w radzie? Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, może spać spokojnie. Jeśli brzmi „nie”, nawet najlepsze wyniki nie gwarantują politycznego bezpieczeństwa.
To brutalna prawda o współczesnym samorządzie. Wotum zaufania i absolutorium bardzo często nie są oceną jakości zarządzania gminą. Są oceną układu sił politycznych. Są sprawdzianem tego, kto kogo kontroluje, kto z kim zawarł koalicję i kto dysponuje odpowiednią liczbą głosów. Matematyka wygrywa z merytoryką. Polityczna arytmetyka staje się ważniejsza od rzeczywistych efektów pracy.
Nie oznacza to oczywiście, że sam mechanizm jest zły. Wręcz przeciwnie. W teorii pomysł jest rozsądny. Władza wykonawcza powinna podlegać kontroli. Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, jak wydawane są publiczne pieniądze, a radni powinni rozliczać włodarzy z podejmowanych decyzji. Niestety ta kontrola nie jest narzędziem oceny działań, a staje się narzędziem politycznej wojny. Wówczas raport o stanie gminy schodzi na dalszy plan. Liczy się wyłącznie to, kto siedzi po której stronie sali obrad.
W wielu samorządach można zaobserwować sytuacje wręcz absurdalne. Burmistrz realizuje inwestycje, pozyskuje środki unijne, poprawia sytuację finansową gminy, a mimo to nie otrzymuje wotum zaufania, bo rada jest zdominowana przez politycznych przeciwników. Jednocześnie w innej gminie włodarz może mieć za sobą lata chaosu organizacyjnego, konfliktów, opóźnionych inwestycji czy narastającego zadłużenia, a mimo to bez problemu uzyskuje zarówno wotum zaufania, jak i absolutorium. Dlaczego? Bo posiada większość. Bo radni związani z jego środowiskiem politycznym głosują zgodnie z oczekiwaniami swojego lidera. I na tym sprawa się kończy.
Niektórzy powiedzą, że właśnie tak działa demokracja. I będą mieli rację. Rada jest przecież wybierana przez mieszkańców. To ona ma prawo oceniać włodarza. Ale oceniać go przez pryzmat politycznej przynależności? W takim modelu nawet najbardziej szczegółowa debata staje się jedynie dekoracją. Głosowania przypominają bardziej wykonanie wcześniej ustalonego scenariusza niż rzeczywistą analizę dokumentów liczących setki stron. Szczególnie widoczne jest to przy wotum zaufania. W teorii radni mają oceniać całokształt funkcjonowania gminy. W praktyce głosowanie często staje się lokalnym referendum politycznym. Nie nad raportem. Nie nad inwestycjami. Nie nad budżetem. Nad samym człowiekiem. Nad tym, czy jest „nasz”, czy „ich”. W takim układzie nawet najbardziej rzeczowe argumenty tracą znaczenie.
Jeszcze ciekawiej wygląda kwestia absolutorium. Regionalne Izby Obrachunkowe od lat przypominają, że absolutorium powinno dotyczyć wykonania budżetu, a nie politycznej sympatii lub antypatii wobec włodarza. Teoretycznie więc radni powinni oceniać liczby, wskaźniki, zgodność wydatków z uchwałami budżetowymi i stan finansów gminy. W praktyce często głosują według politycznego klucza. Absolutorium staje się kolejnym narzędziem nacisku albo kolejnym elementem wzajemnego poparcia. Najbardziej paradoksalne jest jednak to, że mieszkańcy bardzo często patrzą na te głosowania zupełnie inaczej niż samorządowcy. Dla przeciętnego mieszkańca nie ma większego znaczenia, czy wójt otrzymał 9 czy 11 głosów. Mieszkańca interesuje, czy droga została wyremontowana, czy dziecko ma miejsce w przedszkolu, czy autobus przyjeżdża punktualnie i czy urząd działa sprawnie. To właśnie dlatego zdarzały się w Polsce sytuacje, gdy włodarze regularnie przegrywali polityczne starcia w radzie, a mimo to wygrywali kolejne wybory. Zdarzały się też przypadki odwrotne – osoby otrzymujące corocznie absolutoria i wotum zaufania przegrywały później z kretesem przy urnach. To pokazuje fundamentalną słabość całego systemu. Wotum zaufania i absolutorium mają być oceną jakości rządzenia, ale są oceną układu politycznego. Ostatecznie nie odpowiadają więc na najważniejsze pytanie: czy gmina jest dobrze zarządzana? Odpowiadają na inne: kto ma większość?





